|
Newsy
Kacper Jerzyk - kardiolog i trener młodych koszykarzy/ 2026-02-09 06:30:13 / Marcin Durczak /
walbrzych.dlawas.info - Jak to jest być cenionym kardiologiem i... uczyć dzieci basketu w Akademii Koszykówki Górnika Wałbrzych? Dobrze przeczytaliście! Znamy lekarza, który przed południem ratuje ludzkie życie, wykonując zabiegi, a wieczorami odbija piłkę razem ze swoimi podopiecznymi. To Kacper Jerzyk. Niespotykanie zorganizowany człowiek. Bez tego „poukładania” nie byłoby kariery w medycynie i zadowolenia z bycia trenerem. Artykuł z najnowszego wydania dwutygodnika "Wiesz Co". Czy twoją historię, parafrazując słynną bajkę, można określić zdaniem: „jak lekarz został trenerem”? - Chyba tak.
- Ale tylko trochę (śmiech). Dla mnie to naturalne połączenie. Niemal przez całe życie towarzyszyła mi medycyna i właśnie koszykówka, którą interesowałem się od zawsze. Nawet ją trenowałem w Górniku pod okiem chociażby nieżyjącego już szkoleniowca Jana Lewandowskiego. Potem był AZS Wrocław przy Akademii Medycznej i ta miłość do basketu pozostała.
- Jest dokładnie tak jak powiedziałeś. Lekarze często po wielogodzinnym dyżurze w szpitalu idą do kolejnej przychodni. Często żyją, żeby pracować. W moim przypadku nastąpiło odwrócenie tego trendu. Może zabrzmi to patetycznie, ale pracuję, żeby żyć. I to moje poświęcenie się trenowaniu najmłodszych jest sposobem na równowagę psychiczną.
- Kilka lat temu na jednym z meczów naszej drużyny, jeszcze w I lidze, wpadliśmy na siebie z Arkiem Chlebdą z Akademii Koszykówki Górnika Wałbrzych. Znaliśmy się wcześniej, więc prosto z mostu zapytałem, czy nie potrzebują pomocy w klubie? Usłyszałem, że jeśli mam ochotę, mogę pomagać Hubertowi Kruszczyńskiemu w szkoleniu dzieci. Początkowo byłem obserwatorem. To była taka rezydentura, jak na początku mojej pracy w szpitalu Sokołowskiego. Dopiero później, gdy po dwóch latach skończyłem kurs trenerski i zdobyłem licencję, zacząłem samodzielnie prowadzić zajęcia z najmłodszymi adeptami koszykówki. I tak jest do dzisiaj. Po 16 latach pracy w szpitalu jako kardiolog inwazyjny poświęcam się drugiej z młodzieńczych pasji.
- Kluczem jest dobra organizacja. Bez tego nic by nie mogło się udać. Wyobraź sobie, że grafik mam już zaplanowany do wakacji, żeby pogodzić dyżury w szpitalu z zajęciami w klubie. I jeszcze zdążyć pojechać na urlop. Po drugie, zarówno medycynę, jak i koszykówkę kocham miłością pierwszą, więc muszę godzić te obowiązki.
- Nie aż takich wielkich. Zresztą sport uczy dobrej organizacji i moi podopieczni wiedzą, co i jak muszą planować, żeby zdążyć na trening, wcześniej zjeść posiłek, później odrobić lekcje. Uczą się tego ode mnie, a ja im przy tym kibicuję. Grunt to wszystko dobrze zaplanować.
- Trzeba byłoby je spytać, ale chyba tak. W klubie dopiero buduję swoją reputację, a lekarzem jestem od 20 lat.
- Muszę być. Jeśli mam im pomóc, pacjenci muszą mnie słuchać i wypełniać zalecenia, choćby o tym, żeby ruszać się przynajmniej pięć razy w tygodniu.
- Pytasz o pacjentów i młodzież uczącą się koszykówki?
- Na pewno nie „tylko”. Przez całe swoje medyczne życie uprawiam kardiologię inwazyjną. Stykam się z pacjentami przywożonymi do szpitala najczęściej w stanie ciężkim. Z zawałami, z zatrzymaniem krążenia, gdy trzeba ratować im życie. Jest to proces leczniczy, powodujący u lekarza duży skok adrenaliny. Nie chcę powiedzieć, że jeden do jednego tak samo jest u sportowców, ale oni przecież też rywalizują, walczą i grają. Adrenalinę mamy we krwi.
- Dokładnie tak. Oczywiście to jest nieporównywalne do meczu koszykarskiego. Popatrz jednak na to z innej perspektywy. Zawodnicy lub trenerzy też odczuwają stres jadąc na ważny mecz. Przed pierwszym gwizdkiem denerwują się, debiutanci mają tremę. Dlatego nikogo nie powinno dziwić, że uprawiając taką stresogenną dyscyplinę medyczną jak kardiologia, zacząłem trenować młodych koszykarzy.
- Aż tak to nie, chociaż… Znów muszę wrócić do dobrej organizacji swoich zajęć. Gdy wiem, że jest ważny mecz, to znajduję zastępstwo w szpitalu. I odwrotnie. Wiedząc, że muszę być przy swoim pacjencie podczas zabiegu, wiem, że ktoś za mnie poprowadzi zajęcia w hali.
- Przed czterema laty po turnieju koszykarskim miałem problem z barkiem. Przez co wypadłem na półtora miesiąca z grafiku w szpitalu. Nie mogłem wykonywać żadnych zabiegów. To było jeszcze wtedy, gdy nie byłem trenerem. Więc takie sytuacje zdarzają się, ale nie dajmy się zwariować. Można wychodząc z domu poślizgnąć się i zwichnąć kostkę lub nadgarstek. Podczas zajęć z młodzieżą muszę po prostu podwójnie uważać, żeby nie stało się nic nieprzewidzianego. Choć jakieś ryzyko oczywiście jest, że wybiję palca (uśmiech).
- Nie, nie, żeby nikogo nie poniosło. Mam licencję C i na tym zamierzam poprzestać. Jestem lekarzem i chcę być nim cały czas. Pogodzenie moich medycznych obowiązków z poważniejszą koszykówką byłoby niemożliwe. Z wielką pasją poświęcam się młodzieży i to wystarczy.
- (Dłuższa chwila milczenia). Moja żona powiedziała kiedyś, gdy zaczynałem przygodę trenerską, że gdy wracam od chłopaków z hali, jestem innym człowiekiem. Bardziej uśmiechniętym, pełnym energii. Po wielogodzinnym dyżurze w szpitalu, gdy nie wszystkich pacjentów udało się wyrwać ze szponów śmierci, trudno być zadowolonym. Tak, trenowanie młodych chłopaków jest dla mnie odskocznią.
- Póki mogę, łączę obie pasje. Mam nadzieję, że nigdy nie będę musiał wybierać, bo na tę chwilę to niemożliwe. Rozum pewnie powiedziałby jedno, a serce drugie.
- Kolejne trudne pytanie. Ogromną satysfakcję odczuwam, gdy udaje się uratować człowieka. Wyobraź sobie, pacjentowi we wstrząsie, który jest umierający, wykonujesz zabieg, po czym w ciągu godziny jego stan poprawia się i wiadomo, że będzie żył. Radość jest nie do opisania. A teraz druga sytuacja. Po kilku latach treningów przychodzi do ciebie matka jednego z chłopców, rzuca się na szyję, mówiąc, że dzięki treningom uratowałem jej syna. Nabrał ochoty do życia, jest uśmiechnięty, lepiej się uczy…
- Chyba nie (wspólny śmiech).
- Zrobiłem kiedyś pewien test. Podczas zwykłej koronarografii, których wykonałem tysiące, założyłem sobie aparat do mierzenia ciśnienia. I co się okazało? Moje ciśnienie wzrosło. Niewiele, ale było wyższe. Z drugiej strony jako młody trener prowadząc samodzielnie zespół podczas turnieju, byłem tak zestresowany, że ciśnienie pewnie też miałem powyżej normy.
- …jest w niej wszystko czego oczekuję od sportu i rywalizacji. Po drugie urodziłem się i wychowałem w Wałbrzychu, w którym wszyscy kochają ten sport. Publikowane na tym serwisie komentarze są tylko i wyłącznie osobistymi opiniami użytkowników.
Serwis nie ponosi jakiejkolwiek odpowiedzialności za ich treść.
Użytkownik jest świadomy, iż w komentarzach nie może znaleźć się treść zabroniona przez prawo. dodaj komentarz | Komentarze: |
|